“Co pani takiego zrobiła, że mąż się tak zezłościł?”

Policjant do pobitej kobiety: “Co pani takiego zrobiła, że mąż się tak zezłościł?”

Blanka Rogowska

Mąż niszczył żonie rzeczy, obsikiwał, sprzedawał. Raz na wódkę zamienił jej zimowe buty. Policjant: “Mąż ma prawo do majątku”.

Blanka Rogowska: Mąż pobił żonę. Zadzwoniła na policję…

Małgorzata Tatucha, prawniczka Centrum Praw Kobiet w Łodzi: On alkoholik, przemoc fizyczna, psychiczna, ekonomiczna, Niebieska Karta. Kiedy policja zapukała do drzwi, już agresywny nie był. Upojony alkoholem zasnął. Kilkadziesiąt minut wcześniej niszczył sprzęty, groził, że ją zabije, podpali dom.

Policjantka ukarała panią mandatem – 500 zł za bezzasadne wezwanie policji. Nie pouczyła, że ma prawo go nie przyjąć. Dla tej kobiety te pół tysiąca złotych to majątek. Wszczęto postępowanie egzekucyjne, bo nie była w stanie zapłacić należności. Dla przeciętnie inteligentnego człowieka jest oczywistym, że kolejnego telefonu na policję ta pani już nie wykona. A wystarczyła odrobina empatii i znajomość podstaw psychologii sprawcy przemocy, by dostrzec tragedię tej kobiety.

Anna Szczepaniak, prawniczka CPK: Policjanci pytają: „Co pani takiego zrobiła, że mąż się tak zezłościł?”.

Małgorzata Czarnota, osoba pierwszego kontaktu w CPK: Rozmawiają z nią pod obecność agresora. Pytają, co się dzieje, od kiedy. A obok siedzi facet, z którym po ich wyjściu znowu zostanie sama. To jasne, że nie powie wszystkiego. Zdarza się, że po prostu przyjdą i powiedzą: „Proszę być grzecznym”. I wychodzą.
Przyszła do nas pani, która w końcu zdobyła się na odwagę i wezwała policję do męża.

Już przy funkcjonariuszach oznajmił, że ją zabije. Nie zareagowali. Ani tego nie odnotowali, ani nie zwrócili mu uwagi. Udawali, że nie słyszą, a to przecież groźba karalna.

Anna Głogowska-Balcerzak, prawniczka, dyrektorka CPK: Mąż alkoholik niszczył żonie rzeczy, obsikiwał, sprzedawał. Raz na wódkę wymienił jej zimowe buty. Policjant: „Mąż ma prawo do majątku. A jeśli się rozwodzicie, to tym bardziej. Sprzedaje na poczet jego podziału”. Policjantka do pani z siniakami: „To za mało”.

Tatucha: Widzew. Przy przekazaniu dziecka matce po kontaktach ustalonych przez sąd pan zaczął jej ubliżać, szarpał ją, opluł. Uciekła do budynku, wezwała policję. Ojciec z 9-letnim chłopcem został pod blokiem. Mundurowi postanowili „na gorąco” ustalić przebieg zdarzenia i na chodniku, w obecności ojca, rozpytali dziecko, czy to, co mówi mama, jest prawdą.

Czarnota: Partner w szale wyrzucił ją z mieszkania. Był właścicielem. Ona nie była zameldowana. W środku zostały malutkie dzieci, w tym jedno karmione piersią. Przyjechała policja. Powiedzieli: „Jak nie jest pani zameldowana, a pan ma pełne prawa rodzicielskie, to nic nie możemy zrobić”. A mogli zapytać sąsiadów, czy kobieta faktycznie tam mieszkała. Jeśliby to potwierdzili, to oznacza, że partner dopuścił się bezprawnego naruszenia przez nią posiadania mieszkania. O naruszeniu decyduje nie akt własności, ale faktyczny.

Szczepaniak: Pamiętajmy, że zeznania nasze, sąsiada, który słyszał krzyki, czy nawet koleżanki, której się zwierzałyśmy, to też dowody. Przemoc psychiczną, ekonomiczną, seksualną, występującą w rodzinie, trudniej udowodnić od fizycznej. Dowody trzeba zbierać. Wszyscy pamiętamy sprawę Karoliny P., byłej żony eksradnego z Bydgoszczy. Gdyby w odpowiednim momencie nie włączyła dyktafonu, on prawdopodobnie nigdy nie stanąłby przed sądem.

Pamiętam historię kobiety, której prokuratura umorzyła sprawę z braku dowodów. Potem on oskarżył ją o składanie fałszywych zeznań. To ona skończyła z wyrokiem.

Policjanci nie podpowiadają, jak zbierać dowody?

Czarnota: Niechętnie kierują kobiety na obdukcję. Roztrzęsioną, po nocnej jeździe z mężem, pytają, czy ma w planach założyć sprawę karną. Tamta zapłakana odpowiada, że jeszcze nie wie. Policjant: „Skoro nie będzie sprawy karnej, to nie robimy obdukcji”. Nawet jeśli badanie nie przyda się teraz, to może za pół roku ona zbierze się w sobie i coś z tym zrobi? Często już po wizycie na komisariacie panie pytają nas, czy znamy miejsce, gdzie można zrobić obdukcję za darmo, bo policja im jej nie zleciła.

Jeśli widzą, że jakaś sprawa ma nikłą szansę na finał w sądzie, a kobieta jest rozchwiana i zaraz może się wycofać, często nie robią nic. Nie wiedzą, jak działa psychika ofiary przemocy. Nie wiedzą, jak z nimi rozmawiać, nie rozumieją, dlaczego one wycofują zeznania.

Szczepaniak: A czasem wycofują się ze strachu o byt swój i dzieci.

On lekarz. Ona uchodźczyni z Aleppo. Dzieci poszły już do przedszkola, ale on nie pozwala jej pracować. Uzależnił ją od siebie. Bije tak, żeby nie było widać. Mieszkanie przepisał na brata. Jeśli pójdzie do więzienia, to ona nie będzie miała gdzie mieszkać, alimentów też nie zobaczy. Do tego dochodzi bariera językowa, bo ona dopiero polskiego się uczy. Polkom jest ciężko odejść od oprawcy, co dopiero jej. Sprawę na policję zgłosili sąsiedzi. Ofiarom przemocy zależy na tym, żeby koszmar się skończył, żeby mieć za co żyć, gdzie mieszkać. To ważniejsze niż wymierzenie sprawiedliwości i postawienie partnera przed sądem. To nie znaczy, że nie potrzebują pomocy mundurowych.

Czy z policją jest aż tak źle?

Czarnota: Czasami mówią kobietom takie rzeczy, że aż mnie zamurowuje. Oczywiście nie wszyscy, ale z rozmów z kobietami wyłania się raczej kiepski obraz policji.

Mam wrażenie, że mundurowi, tak jak wielu Polaków, uważają, że to strefa prywatna, że nie ma się co mieszać. Nie wiedzą, czym różni się konflikt od przemocy.

Szczepaniak: Jeśli zmieni się świadomość społeczna, zmienią się i policjanci. Jeszcze trochę minie, zanim przestaną patrzeć podejrzliwie na termin „gwałt w małżeństwie”. W modelowym – moim zdaniem – prawie austriackim jest zapis, że przemoc w rodzinie to sprawa porządku publicznego, że odpowiada za to państwo. Nam wszystkim – w tym mundurowym – wiele brakuje do takiego sposobu myślenia. Policjant mówi: „W każdym małżeństwie są problemy”. W Austrii rozwinięta jest współpraca pomiędzy służbami, prawodawcą i organizacjami pozarządowymi. U nas tego nie widzę.

W grudniu w „Wyborczej” mogliśmy przeczytać wywiad z pracownicami CPK o rodzajach przemocy domowej. Pojawił się wątek nieempatycznych policjantów. Nadinsp. Andrzej Łapiński, komendant wojewódzki, natychmiast zarządził szkolenie.

Czarnota: Byłyśmy szczęśliwe, że po tamtym artykule dowództwo zaczęło działać. Poczułyśmy się wyróżnione, że poproszono o pomoc nas. Mamy 20 lat praktyki. Zajęcia przeprowadziłyśmy nieodpłatnie. Wierzyłyśmy, że dzięki temu możemy pomóc ofiarom przemocy.

Tatucha: Na sali było stu policjantów z województwa. Mówiłyśmy o zachowaniach sprawców i ofiar, o stereotypach, o tym, jak osoby dotknięte przemocą wspominają swoje doświadczenia z policją, na co się skarżą, czego oczekują. Nie było naszym zamiarem stawianie policjantom zarzutów, bo tylko ten się nie myli, kto nic nie robi. Chciałyśmy podzielić się doświadczeniami i wiedzą, żeby ich praca była bardziej efektywna i mniej frustrująca. Postawa policjantów wynika pewnie z braku wiedzy, a nie złej woli. Głód wiedzy wśród słuchaczy nie był jednak widoczny i bardzo chciałabym wierzyć, że wynikało to tylko z braku naszych umiejętności pedagogicznych.

Czarnota: Kilka osób, zwłaszcza policjantek, przysłuchiwało się z uwagą. Ale reszta nie miała żadnych pytań, nie brali udziału w dyskusji.

Szczepaniak: Policji brakuje szkoleń zwłaszcza w kwestii gwałtów. Pytają, w co kobieta była ubrana, po co tam szła. Moja klientka ostatnio nie na policji, ale w szpitalu, usłyszała: „Sama tego chciałaś. Było się szlajać po nocach?”. Instytucje tworzą ludzie. A każdy z nas ma inny poziom wrażliwości i świadomości tych zjawisk.

Zgłosiła się do mnie seniorka. Mąż 20 lat temu dotkliwie ją pobił. Wylądowała w szpitalu na dwa tygodnie. Lekarze tego policji nie zgłosili, choć mieli taki obowiązek. Do tej pory ma kartę szpitalną, w której jest wyraźnie napisane, że to było pobicie. On ciągle ją nęka. Już nie wytrzymuje, jest schorowana, czeka ją operacja i jest finansowo uzależniona od męża, który w przeciwieństwie do niej ma wysoką policyjną emeryturę.

Oprawca policjant?

Szczepaniak: Tak. To nie jest historia o domu, w którym był alkohol. To kulturalna, starsza pani. Popłakała się w moim gabinecie. Powiedziała, że wreszcie ktoś rozmawia z nią jak z człowiekiem.
Karolina P. czy Weronika Rosati, dzięki swoim wyznaniom, pokazały, że ofiarami przemocy nie są tylko osoby z biednych domów, w których jest alkohol. Agresorem może być wybitny lekarz, lubiany polityk, zasłużony policjant, a ofiarą wykształcona, atrakcyjna kobieta, a nawet celebrytka.

Z drugiej strony mamy Mariusza Pudzianowskiego, który mówi: „Jeśli seks bez zgody żony to gwałt, to zakupy bez zgody męża to rabunek”.

Tatucha: Świeża sprawa. Fizyczna, psychiczna i ekonomiczna przemoc od kilkudziesięciu lat. Raz wybił jej nawet zęby. Dorosłe dzieci zeznają, że ojciec nad nimi też się znęcał. Sąd Rejonowy w Opocznie umarza postępowanie w sprawie znęcania się nad żoną ze względu na znikomą społeczną szkodliwość czynu. Znikoma szkodliwość kojarzy mi się z sikaniem na trawnik w miejscu publicznym. Sąd Okręgowy w Piotrkowie Trybunalskim uchylił ten wyrok i w październiku sprawa znowu trafi na wokandę sądu w Opocznie.

Sąd Rejonowy dla Łodzi-Widzewa. Sprawa o zobowiązanie sprawcy przemocy do opuszczenia lokalu mieszkalnego. Ofiara to jego matka. W 2014 roku wystąpił o umieszczenie jej w szpitalu psychiatrycznym. Pomogłyśmy sporządzić odpowiedź na wniosek, pani załączyła odpowiednie dokumenty od lekarzy. Syn natychmiast cofnął wniosek i postępowanie umorzono. Ale przemoc się nie skończyła. „Jesteś głupia”, „Masz urojenia”, „Nie mogę z tobą wytrzymać” – krzyczał.

Staruszka poszła do psychiatry, znanego profesora, aby po raz kolejny uzyskać zaświadczenie, że nie jest chora psychicznie. Koniecznych było kilka wizyt, bo lekarz chciał dłużej poobserwować panią, aby wystawić dokument z pełniejszym opisem. Syn – wbrew treści dokumentacji medycznej – obstawał przy swoim – matka jest chora psychicznie, życie z nią pod jednym dachem to męka. Drobny, ale istotny szczegół: wyłącznym właścicielem lokalu jest pani, a syn – z powodu trudności finansowych – nie może sobie pozwolić na wynajem lokalu, w którym mógłby zamieszkać z konkubiną. Sąd oddalił wniosek, argumentując, że między stronami istnieje konflikt i nie ma mowy o przemocy.

Pojęcie „konfliktu” chętnie jest wykorzystywane przez sądy i prokuratury do opisywania zjawiska przemocy psychicznej i ekonomicznej w rodzinie, co dla stron tego „konfliktu”, ale też dla społeczeństwa, jest sygnałem, że takie zachowania są społecznie akceptowalne.

Ryba psuje się od głowy. Jeżeli nawet sąd czy prokuratura nazywa przemoc konfliktem, uznaje, że wybicie zębów to czyn o znikomej społecznej szkodliwości, to nie wymagajmy od policjantów empatii i rozumienia zjawiska.

Były partner Justyny z Pabianic odsiaduje karę za znęcanie się nad nią i pobicie. Dzwoni z więzienia, że ją zabije. Niedługo wychodzi. Zakład karny nie nagrywa rozmów. Dowodu nie ma. Służby rozkładają ręce.

Szczepaniak: Organy ścigania nie powinny bagatelizować takich sygnałów. Brak nam w Polsce regulacji co do tego, co się dzieje ze sprawcą po wyjściu z więzienia. Pan odbył karę i według systemu sprawa jest załatwiona. Tymczasem sprawcy przemocy domowej często do swoich ofiar wracają. Czasem choćby dlatego, że to po prostu ich mieszkanie. Policjantom brakuje narzędzi, by te kobiety chronić.

Co jeśli to agresor jest właścicielem mieszkania?

Szczepaniak: Kwestia własności nie jest decydująca. Jest projekt zmian w przepisach przewidujący w takich przypadkach przyspieszenie rozpoznania wniosku o eksmisję do 48 godzin i połączenie decyzji z zakazem zbliżania się do lokalu i jego otoczenia. Wnioski takie mają zostać dodatkowo zwolnione z opłat. Jest też pomysł przyznania policjantom prawa wydania wobec osoby stosującej przemoc nakazu natychmiastowego opuszczenia lokalu i zakazu zbliżania się do jego bezpośredniego otoczenia.

Głogowska-Balcerzak: Żadna organizacja nie jest monolitem. Do CPK trafiają kobiety pokrzywdzone przez system – nieempatycznego urzędnika, niekompetentnego policjanta, znudzonego sędziego. Więc siłą rzeczy słyszymy głównie te złe historie. Nie chcemy krytykować policji, tylko piętnować skandaliczne zachowania pojedynczych funkcjonariuszy, zwrócić uwagę na problem.

Znamy też wiele historii o wspaniałych mundurowych, którzy być może uratowali życie ofierze przemocy domowej. Pamiętam panią po amputacji nóg, na wózku. Mąż okrutnie dręczył ją na każdym kroku. Odkładał zapałki na górną półkę, tak że nie mogła sobie nawet herbaty zagrzać, tarasował przejścia do łazienki krzesłami. Do tego jeszcze próbował wmówić dzielnicowemu, że jest ofiarą, że żona jest chora psychicznie, że zabiera mu pieniądze. Policjant szybko połapał się, z kim ma do czynienia. Często odwiedzał tę rodzinę. Wiele razy z nim rozmawiał, pomagał jej pisać pisma.

Pani twierdzi, że to dzięki temu dzielnicowemu zachowanie męża poprawiło się, a jej życie przestało być nieznośne.

https://lodz.wyborcza.pl/lodz/7,44788,25227950,policja-i-przemoc-w-rodzinie.html