„Mogłabym piec ciastka, nie ponosić odpowiedzialności” – wywiad z Olą // Agnieszka Wesołowska

18 marca 2021

Z Olą poznałyśmy się w okolicznościach zawodowych. Dość nieoczekiwanie nawiązałyśmy głębszy kontakt. Kilkanaście maili, początkowo tylko na tematy profesjonalne, komunikator, spotkanie. Zapytała któregoś razu, co teraz robię. „Piszę książkę na temat przemocy domowej”. „Heh, mój ojciec miał wyrok za znęcanie się nad rodziną” rzuciła.

Powiedziałaś mi, że ojciec miał wyrok za znęcanie się…

Ola ma wysoki głos, dziewczęcy wygląd i wygląda na 24 lata. Ma 32 lata, dzieci w szkole podstawowej.

Tak, ale ten wyrok nie miał znaczenia, to już kompletnie nie miało związku z rzeczywistością.

Dlaczego?

Ola wzrusza ramionami.

To już było po wszystkim. Kiedy była potrzebna interwencja policji, to ich nigdy nie było.

Odmawiali?

Nie, wprost nie odmawiali. Ale wiesz, to było specyficzne środowisko, mała wieś PGR-owska, 1000 mieszkańców. „A to sobie pani poradzi, a to może sąsiada zawołać, a jestem sam na komendzie…”.

Co się działo w domu?

Awantury pod wpływem alkoholu.

Na trzeźwo się nie awanturował?

Nie, na trzeźwo nie.

A bywał w ogóle trzeźwy?

Ola potwierdza z zaangażowaniem.

Tak. Nawet dość często bywał trzeźwy, jak na tamto środowisko… Tam pewne zachowania były normą. Bicie żony było normą, awantury w domu i traktowanie kobiet jako własności… Bicie było metodą odreagowania frustracji – kot, pies, żona – moje, mogę je uderzyć. W takim miejscu bardzo dużo kobiet nie pracuje, są na utrzymaniu mężów. Tak było, bo teraz się trochę pozmieniało. Mąż zarabiał, utrzymywał, a żona ze strachu godziła się na to bicie.

Czy w takim miejscu kobiety trzymały się razem?

Wydaje mi się, że tak. Oczywiście nigdy oficjalnie, ale gdzieś po kuchniach się spotykały, jedna drugą przetrzymywały, zanim mąż nie wytrzeźwieje…

Bite były tylko żony? Czy dzieciaki również?

Nie, dzieciaki raczej nie obrywały, może dlatego że w szkole byłoby widać. Wiesz, żona mogłaby się wstydzić poskarżyć – żona powie „spadłam ze schodów, wpadłam na drzwi”. A dziecko zapytane skąd ma siniaki na pewno by opowiedziało.

Przez chwilę myślę o tych dzieciakach, które głucho powtarzają w szkołach, że się przewróciły, miały wypadek, pobiły się z kolegami… I o tych, które nic nie mówią.

Jak to się działo, że mama nie ukrywała się u sąsiadek, tylko wzywała policję?

To już zakrawało na chorobę psychiczną. Ojciec wpadł z siekierą do mamy do pracy.

A gdzie mama pracowała?

Mama była kierownikiem dużego zakładu.

Podnoszę głowę znad klawiatury. Nie siedzimy na wprost siebie, tylko obok, przeważnie nie widzę jej twarzy. Pochylona nad laptopem nawiązuję bliższy kontakt z ekranem niż z rozmówczynią. Zaczynam uważniej słuchać, bo do tej pory wyobrażałam sobie zahukaną, wiejską żonę.

Czyli nie schemat?

Nie.

Ola uśmiecha się.

Dopiero teraz spotykam się z podobnymi do mojej historiami, upublicznianymi po 20 latach i występującymi np. w rodzinie nauczycielskiej. Mój ojciec, który był mądrym facetem, miał bogate życie wewnętrzne, czytał książki… Po alkoholu zaczynał się zachowywać jak ludzie z PGR-ów. Nie był na tyle silny psychicznie, by postawić opór temu wpływowi ludzi, którymi przecież w głębi ducha pogardzał. Miał inne cele i wartości, picie jako picie nie było dla niego celem samym w sobie.

Jaki był dla ciebie, gdy się upił?

Dla nas był dobry. Miał poczucie winy, że pije.

Czy picie i awantury zaczęły się równocześnie?

To taki klasyczny wzorzec – od pierwszego uderzenia i narastało. Najpierw pchnął mamę raz, potem pchnął trochę mocniej.

Czy mama próbowała się buntować?

Tak, na początku wzięła mnie pod pachę i pojechała do rodziców.

Wróciła?

Tak, wróciła. Mama pochodzi z tradycyjnego środowiska, gdzie nikomu nie przeszło przez myśl, żeby odejść od męża. Rodzice zresztą do tej pory nie mają rozwodu.

Mieszkają razem?

Nie, nie mieszkają razem. Mama teraz mieszka 6 kilometrów od ojca, dalej się nim w jakiś sposób zajmuje, wypierze, ugotuje od czasu. On ma żal wielki, że – zdaje sobie sprawę, że przez to jak się zachowywał – nie ma rodziny. Trzy dorosłe córki odcięły się od niego. Nikt z bliskich za nim nie chodził, wiedział, że gdzieś ma wnuki, nie widział ich, nie znał. Teraz się zmienił, teraz bardzo pozytywnie się zachowuje. Razem spędzamy święta, z mamą spędzamy święta. Ojciec teraz organizuje wiele rzeczy, pamięta o prezentach, przywiezie choinkę i sam z wnukami choinkę ubierze. Narastanie przemocy trwało kilkanaście lat. To nie było tak, że od razu. Powoli narastało przez kilkanaście lat, może ze względu na degenerację mózgu.

Ojciec dalej pije?

Nie wiem. Podejrzewam, że trochę, ale jak go widzę to jest trzeźwy. Czasem ktoś mi mówi, że widział ojca, jak szedł pijany. Ale nie, ze względu na stan zdrowia raczej nie pije.

Problemy ze zdrowiem wzięły się z picia?

Nie. Ojciec miał zawał. Przejął się tym. Ale już wcześniej przejmował się tym, że pije, że nie panuje nad tym, wpadał w jakieś fazy depresyjne, próbował się wieszać…

Zajmowałaś się jego samopoczuciem czy próbowałaś się odciąć?

Najpierw zajmowałam się, a potem zobaczyłam, że jeśli się zajmę, to nie będę miała swojego życia. Jedyne wyjście – spakować się i uciec. Bałam się, że mama zostanie sama i nie będzie jej miał kto bronić, ale radziłam żeby też uciekła. A potem po prostu machnęłam sobie dziecko i przeszłam w nową rolę.

Ola się uśmiecha pogodnie, jakby jej ktoś narysował uśmiech kredką.

Ciekawi mnie stosunek twojej mamy do tego wszystkiego. Czy wiesz, co ona sądzi lub sądziła o tym?

Mama poszła na terapię i zaprogramowano tam ją, by oddzielała problemy od tego, co czuje. Rodzice mają jakieś wspólne elementy – mieszkanie, zobowiązania sprzed lat, ale jak ojciec zaczyna wypominać „przez ciebie to wszystko” to ona urywa to. Bardzo się zmieniła, jest bardzo samodzielna, a była zahukana.

Ile ma lat?

Ola liczy w myślach.

Mama ma 56 lat, już jest na emeryturze, ale pracuje dalej.

A ojciec?

Ojciec ma 59 lat, na rencie. Jego stan zdrowia jest bardzo poważny.

Z powodu chlania?

Ola obdarza mnie niespodziewanie twardym spojrzeniem.

Nie, to po wypadku. Ojciec miał wypadek w gospodarstwie.

Po pijaku?

Raczej nie. Spadł z przyczepy i złamał nogę w kostce. Nie jest w stanie przejść 300-400 metrów sam. Wszystkie córki znów nawiązały z nim kontakt, nawet mama sama zabiega o to, byśmy jakoś się angażowały, np. pomagały finansowo. W ubiegłym roku remont mu robiliśmy. On się teraz bardzo mienił, jest innym człowiekiem, wnukami się zajmuje.

Unoszę brwi.

Nie boisz się powierzać mu dzieci?

Nieee, jeśli nie pije, to zupełnie inny człowiek. W ogóle kiedy nie pił, był człowiekiem, z którego towarzystwa można było się cieszyć.

Ola widzi, że jej się przyglądam i kiwa głową ze zrozumieniem nad pytaniem, którego nie zadaję.

Wiem, to dziwne, taka dwoistość. Przekształcał się raz na 2 tygodnie lub miesiąc w potwora, w obcą osobę.

Kiedy zaczęłaś się orientować, że coś jest nie tak z ojcem, że jego zachowanie nie jest normalne?

W stanie wojennym.

Ola znów uśmiecha się wesoło. Mówimy o okresie 1981-84, czasach, gdy w sklepach można było kupić tylko ocet, telewizja nadawała jeden program, wódka była reglamentowana, ale i tak wszyscy pili w akcie patriotyzmu. Jestem starsza od Oli, pamiętam ten okres boleśnie dokładnie.

Miałam kilka lat. Wyraźnie widziałam, że ma to związek z piciem. Widziałam, że jest sfrustrowany tym co się dzieje wokół niego.

A mama nie była sfrustrowana?

Dla mnie zastanawiające jest to, że nie pamiętam mamy z dzieciństwa. Pamiętam tylko, że nie miała czasu dla mnie, że jej wciąż nie było. Częściowo to rozumiałam – np. wtedy, gdy miała ciążę zagrożoną i była w szpitalu. Po porodzie nie siedziała na macierzyńskim, ale szła od razu do pracy. Musiała być zmęczona po pracy, nie bawiła się ze mną, z nami.

Masz miłe wspomnienia z ojcem?

Masę! Ja cały czas go usprawiedliwiałam, bardzo długo szukałam wyjaśnień jego zachowania. To ojciec zabierał nas na wycieczki, chodził na wywiadówki, dbał żebym się rozwijała. Zapisał mnie i posyłał na kółko szachowe, na fortepian, Chciał, żebyśmy były inne niż reszta dzieciaków ze wsi. Organizował nawet wycieczki dla całych grup dzieci, nie tylko dla nas, festyny… Dużo udzielał się społecznie, był naprawdę fajnym tatą. Umiał jeździć konno, chętnie uprawiał jeździectwo. Sporo książek czytał w przeciwieństwie do mamy. Mama miała nie bardzo chęć, może i siły.

Mama dużo pracowała?

Dosyć. Często musiała wyjeżdżać służbowo. Mama chodziła do fabryki – 7 rano, dzień dobry, do 15. Potem wracała zmęczona.

A kto gotował i dbał o dom?

Spodziewam się odpowiedzi „no, mama” albo odwrotnie „też ojciec” i zaskakuje mnie to, co słyszę.

Mieliśmy taką ciocię, którą rodzina wyekspediowała na pomoc rodzicom. Przy trójce dzieci było trochę roboty. Ciotka była siostrą mojej babci, emerytowaną nauczycielką, starą panną.

To ona była zawsze w domu?

Tak.

A jak ojciec się do niej odnosił?

Ola ostrożnie waży słowa.

Z dużą rezerwą, najchętniej by się do niej nie odzywał. Ciotka miała komplet psychicznych problemów starych panien. Była wyedukowana przed wojną i biła nas, nie widziała w tym niczego nagannego.

Ola uśmiecha się. Drażni mnie ten uśmiech, chciałabym, żeby przestała się uśmiechać w takich momentach. Dlaczego on mnie drażni? – czuję się rozdrażniona brakiem odpowiedzi na to pytanie.

Gdy ojciec dowiadywał się o tym, pakował jej walizki.

Jak was biła?

Na przykład za przewinienia waliła linijką przez rękę.

Mocno?

Ola uśmiecha się. Przestaję być rozdrażniona. Też bym się uśmiechała po latach.

Dosyć.

A jak ona reagowała na zachowania ojca? Na jego picie, na to jak traktował matkę?

Ona uważała, że jeśli mąż warknie, przyjdzie pijany, uderzy żonę, to jest normalne. Też pochodziła z małego miasteczka, z Wielkopolski, a tam takie zachowanie nie były powodem do robienia jakiejkolwiek tragedii. Ojciec w końcu doprowadził do wyrzucenia jej z domu, miał jej dość.

Dlaczego?

Ciotka połamała na mnie kijek.

Przez chwilę myślę, jak absurdalnie brzmi to zdanie. Jakby postać z Hello Kitty referowała treść protokołu policyjnego.

Ciotka połamała na mnie kijek.

Malutki kijek połamał się przy okazji bicia siostrzenicy przez ciotkę.

Kijek został połamany.

Kijek.

Pac, pac.

Miałam już około 15 lat i powiedziałam, że albo ona albo ja. I ojciec wyrzucił ja z domu. Bronił dzieci.

Mama nie umiała się odnaleźć się w tej sytuacji. Jej rodzina wywierała presję, że jesteśmy niewdzięczni, że ciocia się poświęca, a my tak przeginamy. Ale ciotka przesadzała. Zdewociała strasznie była. W niedzielę szliśmy obowiązkowo na 8.30 na mszę, choć ojciec mógł nas zawieźć na późniejszą godzinę. To bardzo nas chyba wszystkie zniechęciło do Kościoła… Przynajmniej mnie…

Co dla ciebie jako dziecka było największym zagrożeniem w zachowaniach rodziców?

To było trudne. Te elementy przemocowe – wyzwiska, jeszcze bez latających noży – to wszystko było przemilczywane, nie mówiło się o tym, przechodziło się do porządku dziennego…

Latające noże?

Pogubiłam się. Gdzie była mowa o nożach? I kiedy o wyzwiskach?

No tak. Kiedyś wstałam o 2-3 w nocy i zobaczyłam taką scenkę: tatuś pijany awanturuje się z mamusią i pomiędzy nimi nóż wbity w stół.

Widzę scenkę. Górne światło niechlujnie oświetla kuchnię. Jasne punkty wydają się żółtawe, cienie są po prostu ciemne, zamazane. Nie widzę twarzy osób, które w niej siedzą, jestem dzieckiem zaglądającym z korytarza. Stół drewniany i zniszczony, trochę jak stara szkolna ławka lub stół warsztatowy z drewnianym blatem. Jaki ma kolor? Może zwykły brąz? Nóż ma szerokie, trójkątne ostrze, czarną rączkę i trochę już jest zużyty. Został wbity na sztorc, lekko drży. Słyszę tylko ciszę. Żadnych dźwięków. Jestem dzieckiem i patrzę na nóż. Podnoszę oczy i widzę Olę, która siedzi naprzeciw mnie.

Co pamiętasz coś więcej? Może oboje wrzeszczeli czy mama próbowała jakoś się załagodzić sytuację?

Pamiętam, że mama była osobą strasznie zrzędliwą. Wiesz, bywała naprawdę irytująca, ciągle jej się coś nie podobało, coś było źle. Jak jej się „płyta włączyła” to przez 3-4 godziny potrafiła ględzić. Wtedy ojciec trzaskał drzwiami i szedł do kolegów napić się. Podejrzewam, że w pewnych momentach zaczął ją wręcz prowokować, żeby już się zaczęło i że mógł już iść pić.

Ola uśmiecha się łagodnie. Grzecznie. Dziewczęco.

A mama?

Miała żal, ale nie robiła z tym nic konkretnego. Do pewnego momentu nie angażowała nikogo z rodziny, pewnie nie miała się do kogo zwrócić.

A gdy uciekła do rodziców? Pamiętasz to?

No, trochę pamiętam. Miałam około 4 lat. Pojechałyśmy do babci. Potem wróciłyśmy. A potem przez długi czas było świetnie w domu. Tak, naprawdę było dobrze. Rodzice współpracowali ze sobą, byli dobrym małżeństwem.

Myślisz, że się kochali?

Myślę, że tak. Przez rok czasu potrafiło być świetnie, pięknie, dość dobrze żyli. Potem coś się wydarzało, najczęściej jakieś spięcia pod wpływem alkoholu. Ojciec był zazdrosny. Oboje byli o siebie zazdrośni, myślę że mama miała nawet więcej powodów. Ojciec zawsze był przystojniacha, ładny chłopak po prostu. Heh, wiesz, do tej pory nie wiem, czy nie mam braciszka.

Ola uśmiecha się. Opowiada mi jak o psocie, o wybiciu szyby u sąsiada, o przywiązaniu psu puszki do ogona. Ech, my, wiejscy chuligani.

Ojciec miał czterdziestkę, gdy zaczął romans z moją koleżanką, dziewczyną w moim wieku. I potem zaraz szybko wydał ją za mąż za swojego kolesia, bardzo fizycznie podobnego do ojca. Ta dziewczyna, wychodząc za mąż, była już w 3 miesiącu ciąży. Syn urodził się i hm… jest bardzo podobny do męża tej dziewczyny.

Może ojciec zdradzał mamę, bo przestała ich łączyć intymność?

Oj, chyba nie. Pamiętam, jak mama będąc koło czterdziestki zaczęła histeryzować, że jest w ciąży, czyli coś ich łączyło.

Bardzo ostrożnie dobierając słowa opowiadam historię mojej przyjaciółki, która poczęła się w wyniku gwałtu małżeńskiego. Nie notuję swojej wypowiedzi, nie pamiętam jak sformułowałam pytanie, pamiętam, że je zadałam. Ola zaprzecza i uśmiecha się. Rzecz jasna, uśmiecha się.

Nie, to na pewno nie tak. Pamiętam wcześniejszą rozmowę. Byłam już podlotkiem i mama się MNIE radziła, co by jej najlepiej pasiło z antykoncepcji, bo „na kalendarzykach nie chce polegać”. Musiało tam mocno iskrzyć. Widać było po ich codziennych relacjach, że wzajemne stosunki się ociepliły.

Ola, nie zgadza mi się tu kilka rzeczy. Zaczęłaś naszą rozmowę od opisania relacji rodzinnych we wsiach PGR-owskich, gdzie żona była własnością męża, mąż pił gdy przyszedł z PGR-u, a kobiety pomagały sobie przeczekać ciężkie chwile. Ale ty zaczęłaś mówić potem o swojej rodzinie – która nie wyglądała tak jak książkowy schemat patologii przemocowej.

No, wiem. Żyliśmy w takim środowisku. Ludzie zaraz po wojnie wywaleni z wagonów bydlęcych do PGR-ów, jedna osoba na jedną krowę, kompletnie nie wiedzieli co ze sobą robić, wiesz – takie ludzkie dno dna. Chłopi bezrolni, najgorsza biedota, wejście do PGR-u to był dla nich awans społeczny. Wreszcie mają dom z łazienką, mają co zjeść i nawet nie muszą gotować, bo w PGR-ze działała stołówka. Ci ludzie nawet czytać i pisać nie umieli. Rodzice trafili do tego środowiska przypadkiem. Ojciec, zootechnik, przyjechał z nakazu pracy. Mama miała dość rzadki zawód – technik-ceramik, ściągnął ją tam ksiądz, który z jej miasteczka przyjechał do nowej parafii. Rodzice poznali się na miejscu, byli sąsiadami. Ojciec smalił długo cholewy do starszej siostry mamy, ale coś im nie wyszło. Siostra znalazła męża bliżej rodziców i wyprowadziła się. Został sam ojciec, no i moja mama. Przyszedł wiek, że trzeba się zejść.

Ola uśmiecha się znów, a ja przypominam sobie Karolinę, która mówiła „ja byłam spokojna dziewczyna, chciałam założyć rodzinę”. Sformułowanie „smalić cholewy” przeniosło nas w czasie trzydzieści kilka lat wstecz, do PGR-owskiej wsi, gdzie pan zootechnik zalecał się do panny ceramik.

Oboje mieli po 20 parę lat. Trudno mi powiedzieć, dlaczego się zeszli. W każdym razie ich zdjęcia z wesela ładne są. W każdym razie lepiej wyglądają niż moje. Musiało im się w tym pierwszym okresie dobrze żyć. Pamiętam, że często nad morze jeździliśmy razem, na wczasy jeździliśmy, na spływy kajakowe, dość dobrze to wszystko…

Ola zawiesza głos. „Dość dobrze to wszystko…” Teraz mówi nieco ciszej.

Pamiętam lepiej ojca, ojciec zajmował się mną. Mama, nie wiem, może nie miała siły…

Ola, a gdybyśmy spróbowały wyizolować osobowości twoich rodziców poza nałóg…? Odetnijmy to picie, bicie i konflikty. Które z nich było ciekawszym człowiekiem?

Ojciec! Miał większe aspiracje. Dziadek, ojciec ojca, był podpułkownikiem przed wojną, dziadka rodzice mieli majątek, żyli na wysokim poziomie, babcia miała przed wojną służące.

Ola uśmiecha się, znów się uśmiecha. Uśmiech Oli jest dziewczęcy, bezbronny. Ciepły.

Dziś Walentynki – rodzice mają 34. rocznicę ślubu. A dziadkowie od strony mamy żyli razem ponad 50 lat. Jakichś wielkich konfliktów między małżonkami w dalszej rodzinie nie ma – nikt się nigdy nie rozwiódł. Jedno małżeństwo było takie… słabsze, a w zeszłym roku przeżyli tragedię – ich syn im się powiesił i myśleliśmy, że to będzie dla tego małżeństwa koniec. Ale teraz ciocia zachorowała poważnie i jej mąż się bardzo zmobilizował. Jednak jak ludzi coś łączy, to w takich momentach są w pełnej gotowości. U ojca w rodzinie jest więcej indywidualności, więcej osób dobrze wykształconych. Ich dzieci są lekarzami, jednej siostry mąż był dyrektorem w departamencie rolnictwa.

Ola… Nie pasuje mi w tym, co opowiadasz, obraz ojca z siekierą i wyroku za znęcanie się.

Ola rozumie, co chcę powiedzieć, tak, oczywiście, tak – kiwa głową.

No, to paradoks. Z zewnątrz świetnie, piękna rodzina, córki na olimpiadach szkolnych, konkursach, ta śmieszna działalność społeczna, facet który ma własne gospodarstwo ponad 100 ha, a w domu cuda wianki i frustracje przekładające się na przemoc. Mama uciekająca przez okno przed ojcem. Ojciec rozwalający siekierą jej biurko. Założyłyśmy sprawę w sądzie, my jako córki zeznawałyśmy przeciwko ojcu, bo nikt inny nie chciał zeznawać. Po tym bieganiu z siekierą, ojca wzięto na komisariat na 48 godzin. Potem pociągnęłyśmy sprawę cywilną, bo ojciec groził mamie, że ją zabije – ale prokurator nie chciał się tym zająć.

Pamiętasz te zeznania?

Akurat ja byłam świadkiem przez telefon – to się działo akurat wtedy, gdy mama ze mną rozmawiała i gdy ojciec wpadł w szale, odrzuciła słuchawkę. Połączenie wciąż trwało i słyszałam, co się działo. Dzwoniłam z drugiego telefonu i dzwoniłam do brata ojca, ten przyjechał i go obezwładnił. To się działo około południa. Ojciec był pijany.

Co było dalej?

Już wtedy nie mieszkałam z nimi i całą tę sytuację znałam na odległość. Wiedziałam, że ojca nie wyleczę, z mamą nie jestem w stanie nic zrobić, póki ona czegoś o sobie nie zdecyduje. Wiedziałam, że ojciec pije, że powinien się leczyć…

Próbował się leczyć?

Próbował, próbował… Miał stany depresyjne, we łbie mu się przewracało. Jak miałam 14-15 lat odcinałam go ze sznura, bo się próbował wieszać.

Ola ma spokojny, obojętny głos, chyba jest trochę zmęczona. Wyobrażam sobie, że tnie sznur i widzę tylko ten sznur w ciemności.

To wszystko spadało na ciebie jako na najstarszą czy siostry tak samo uczestniczyły w tym wszystkim?

Wydaje mi się nawet, że one bardziej. Tak, myślę że one bardziej to przeżywały, bo ja pamiętałam ojca, kiedy był super facetem, a one już jak zyskały świadomość i były programowane, że to pijaństwo to stan stały. I że trzeba się ratować chronić, ratować mamę.

Jak?

No, zasłonić ją… Ojciec nigdy nie podniósł ręki na córki. Ja dostałam raz jeden lanie o strajk głodowy, bo przez 3 dni nie chciałam nic jeść, ale poza tym nigdy ani on ani mama mnie nie uderzyli. Ciotka biła. A ojciec nigdy. Ojca frustrowało, że nie pozwalamy bić mamy, że zasłaniałyśmy ją.

Czy mama pozwalała na to, żeby dzieci ją zasłaniały?

Do pewnego momentu nie – odsyłała nas do naszych pokojów, bo to nie dla nas sprawy. Potem chyba zaczęła zdawać sobie sprawę, że to dzieciaki rujnuje ta sytuacja w domu. Młodsza siostra zaczęła mieć objawy nerwicy, druga była strasznie infantylna, zresztą dalej tak ma…

Jakie jest życie was, dzieci, teraz?

Ola wzrusza ramionami.

Myślę, że jesteśmy ze sobą dość zżyte. One dwie są chyba bardziej związane ze sobą, bo dłużej mieszkały razem. Ja praktycznie od 15. roku życia nie mieszkałam w domu – wyjechałam się uczyć, potem przeprowadzka do S. Wiele domowych „atrakcji” mnie na szczęście ominęło. Jak mieszkałam u babci w innym mieście, mama na 2-3 tygodnie przyjeżdżała do mnie, żeby wyciszyć tę sytuację w domu. Nigdy nic na ten temat nie mówiła. Nie potrafiła mówić o tym, co się dzieje. Mówiła o tym co się stało, ale nie o tym, co czuje. Nie mówiła, że planuje coś, szuka rozwiązania, tylko poddawała się.

Jaki wpływ na twoje życie miało to co przeżyłaś w dzieciństwie?

Nooo, na pewno miało.

Możesz to opisać?

Ola intensywnie myśli. Przez cały czas odnoszę wrażenie, że to co mówi, ma w jakiś sposób przemyślane i jako tako ułożone w sposób, który pozwala jej funkcjonować. Ale tym razem musi przemyśleć odpowiedź.

Na pewno mam zachwiane poczucie bezpieczeństwa. Od razu byłyśmy wkręcone w oczekiwanie, co się złego stanie. Spodziewałam się długi czas, że zawsze musi się coś złego stać. Miałam nawracające stany depresyjne. Stałe poczucie bezradności, wkodowane, że się nic się da zrobić.

Ty masz rodzinę, dwójkę dzieci, a siostry?

Jedna ma 29 lat, bardzo wyemancypowana, dzieci nie chce mieć w ogóle, mówi, że dzieci to problem. Wydaje ¾ pensji na ubrania i kosmetyki. Druga jest strasznie niepewna. Ładna, mądra, kończy ekonomię.

Teraz Ola mówi z przekąsem i coraz wolniej.

Szósty rok tych studiów… Chłopaka ma, jakiegoś sportowca, fajny nawet… ale poniżej jej poziomu… Opiekuńczy nawet… Fajniejszy pod wieloma względami od poprzedniego…

Lekko parska śmiechem.

… bardzo podobnego do mojego ojca.

Patrzy na mnie uważnie. Potem rzuca:

Mój mąż też podobny do mojego ojca.

Znów na mnie patrzy. Notuję.

Mają wiele wspólnych cech. Ja z kolei jestem podobna do teściowej, jakby mąż sobie drugą mamę znalazł.

Teraz już na mnie nie patrzy. Uśmiecha się do siebie.

Jak się spotkaliście?

Oboje graliśmy w szachy, mieliśmy po kilkanaście lat, spotkaliśmy się na turnieju szachowym i hormony zabuzowały. Hehe…

Unoszę głowę znad klawiatury. Myślę, że tak się nie opowiada od początku związku trwającego całe dorosłe życie. A może i się opowiada, co ja o tym wiem… Notuję. Ola mówi z dużym zaangażowaniem.

Mamy masę wspólnych zainteresowań, nie tylko szachy, te same książki czytamy, podobnej muzyki słuchamy… Mąż praktycznie wychowywał się bez rodziców, jego mama pracowała bez przerwy. Kiedyś przyjechał do nas do domu w taki „lepszy” dzień i zobaczył, że siedzimy razem, w sobotę, ciasto pieczemy, oprawiamy zwierzaka z polowania – sielanka. To go wkręciło.

Ale wiedział, co się działo z twoim ojcem?

Wiedział. Ale oboje byliśmy tak potłuczeni, że jak się złapie w takim stanie kontakt to mocno się związuje. Szachy… Turnieje szachowe są specyficzne – na tydzień, dwa w obce miejsce i tydzień czy dwa bawiliśmy się tam w dom. Teraz jesteśmy bardzo podobni, po tylu latach.

Czy wiedział o twoich problemach z poczuciem bezpieczeństwa, z innymi problemami?

Tak, ale nie umiał sobie poradzić, bo sam miał z tym problem. Facet, który potrafi przez pół godziny na „Królu Lwie” płakać…

Odgrywam święte oburzenie.

No co ty?! Każdy płacze na „Królu Lwie”. Wszyscy płaczą, gdy ginie Mufasa!

To ja byłam tą twardszą osobą. Musiałam go tego uczyć. Uczyć jak być facetem, żeby dzieci miały wzór tatusia. Tata jest głową rodziny i potrafi o wszystko zadbać.

A chciałabyś żeby był głową rodziny czy partnerem?

Wzrusza ramionami. Mam wrażenie, że mnie odpycha.

Nie wiem. Byłoby wygodne, gdyby był głową, mogłabym być żoną, piec ciastka, nie ponosić odpowiedzialności.

Znów wzrusza ramionami.

Na razie ze względu na historię z dzieciństwa nie dam się wkręcić w sytuację, żeby się nie móc spakować i uciec, że będę zależna finansowo…

A chciałaś się pakować?

Miliony razy.

Dlaczego?

Dlaczego?

Nauczyłam się, że ludzie powtarzają usłyszane pytanie wtedy, gdy chcą zyskać na czasie i powiedzieć coś innego niż to co pcha się na usta. Czasami wtedy kłamią. Czasami tylko udają.

Na początku dlatego że nie był taki, jakiego sobie wymyśliłam. Nie zarabiał na dom, był zajęty problemami sprawami osobistymi, przez wiele lat go utrzymywałam.

To, co czuję, jest trudne do opisania. Nie wiem, czy to widać. Mam ochotę zaprzeczać na głos i tłumaczyć, że nie ma w tym nic z wyobrażeń dziewczynki o idealnym mężu. Nie wiem, czy coś mówię – nie zanotowałam tego. Ale pamiętam, co czuję. Pamiętam siebie sprzed lat mówiącą niezarabiającemu mężowi, że nie musi zarabiać, bo ja sobie poradzę z utrzymaniem rodziny. Pamiętam, jak wszystko we mnie wrzeszczało „zaprzecz, zaprzecz!!!” i myślę tylko o tym. Ola tłumaczy mi teraz wszystko po kolei, w punktach i bardzo racjonalnie.

To było niezgodne z moimi wyobrażeniami. Tracił poczucie kontroli nad piciem. Podniósł na mnie rękę.

Uśmiecha się.

Chciałam uciekać.

A uciekłaś?

Nie.

Dlaczego?

Gdybym wiedziała, że nie da się z nim rozmawiać, to bym tak robiła. Ale dawało się z nim rozmawiać. Udało mi się doprowadzić do sytuacji, że zdał sobie sprawę z tego, że to co robi jest niedopuszczalne.

Co takiego robił?

Pchnął mnie, leciałam przez pół domu, to też było pod wpływem alkoholu. Przestałam uczestniczyć w tym, co się działo. Przestałam z nim pić: „ja nie mam ochoty – chcesz to sobie pij, ale ja nie mam ochoty”. Nie podniósł od dawna na mnie ręki, pokazałam, że nawet jak mnie uderzy, to nie zniszczy mnie emocjonalnie. Kiedyś się załamywałam, nawet jeśli ktoś na mnie głos podniósł. Zobaczył, że to nie jest narzędzie komunikacji, że trzeba coś z tym zrobić. Zresztą on nie chce mi zrobić nic złego. Jest fajnym facetem, razem musimy szukać sobie formuły jak żyć.

Przez chwilę jest dla mnie nowością myśl, że człowiek, który bije, w rzeczywistości może nie chcieć zrobić krzywdy swojej ofierze – to dla niego sposób komunikacji.

Poza tym ja się nie lubię poddawać. Gdybym wiedziała, że nie jestem w stanie zrobić nic z jego piciem i biciem, to bym uciekła i zakończyłabym związek. Ale… jest fajnie między nami. Przeskoczyło mu w łbie, wie, że nie może pić, zyskał kontrolę nad agresją. Bo on nie tylko mnie atakował, pod wpływem alkoholu wdawał się w bójki na mieście. Ja byłam po prostu pod ręką.

Ile razy byłaś pod ręką?

Ola uważnie zastanawia się nad odpowiedzią.

Tak z 10-12 razy…?

Dzieciaki już były na świecie?

Tak. To było zawsze pod wpływem silnych emocji. Gdy w grę wchodził alkohol to było totalnie nieracjonalne, wybuch dotyczący spraw, które się kumulowały przez tygodnie, miesiące czasem. Mnie cieszy, że zobaczył absurd swoich zachowań. Nie byłoby to możliwe, gdybym sama nie przeskoczyła swoich reakcji. Miałam schemat reagowania – zamykam się, wchodzenia w dziuplę. Przeczekać, skulić się, zapomnieć. Zmieniłam to, już nie jestem „biedna jestem i się załamię” tylko „co można zrobić”.

Co zrobiłaś?

Poinformowałam teściową, szwagra, moją mamę o tym, jak mąż się zachowuje. Przestała to być „nasza tajemnica”.

Jak on zareagował?

Zaczął się bardzo wstydzić. I to był sygnał dla mnie, że jest szansa. Że mąż przestaje się okopywać na stanowisku „zupa za słona” i robi się do dialogu facet. Pytanie, co my musimy razem zrobić, żeby nie było takich sytuacji.

Myślisz, że to RAZEM trzeba coś robić?

Tak, w tym konkretnym przypadku u nas – razem. Ja sama się przez długi czas leczyłam u psychiatry, miałam stany depresyjne – to nie tędy droga była.

Dlaczego tak uważasz?

Ola macha lekceważąco ręką.

Och, takie leczenie objawowe. Tabletki i nic więcej.

Nie ganiali na terapię?

Ganiali, ale… jak poszłam na spotkanie DDA, zobaczyłam co tam się dzieje. To było jak wejście do piekła. Tam było… brudno. W tej siedzibie. Była tam masa popieprzonych psychicznie ludzi, którzy nawzajem się nakręcali, wkręcali się w stany psychiczne, które mieli. Nie było odskoku. Ciemno. Ponuro, brudno i to przekonanie, że tak musi być. Mówię – chodźcie, weźmiemy farbę, zmienimy – nie, to tak musi być. Poszłam porozmawiać do terapeutki, to babka zaczęła ryczeć. W dziwnym momencie przyszłam, to strasznie chore było. Nie złapałam momentu, w jaki sposób to może ludziom pomóc. Jak jest jakiś problem to trzeba go rozwiązać i zostawić – to jest prawdziwe rozwiązanie problemu, a nie to, że wciąż tkwimy na poziomie rozwiązywania. Musiało mi się samo w głowie poprzestawiać. Przestałam śmiertelnie poważnie traktować, to co się dzieje. No i co z tego, że mąż pije czy że na mnie rękę podniósł??? Każdy raz może popełnić błąd. Doszłam do wniosku, że da się coś z tym zrobić. Przestałam wchodzić w rolę ofiary. Uznałam, że wszystko zależy ode mnie.

Czy to oznacza, że staliście się sobie równi?

Tak, na pewno ja sobie odpuściłam bycie super żoną, co to męża wyręczy, załatwi wszystko. Z bycia jego mamą przeszłam na poziom dla siebie. Nauczył się prowadzić dziecko do przychodni na szczepienie, odbierać ze szkoły, chodzić po urzędach. Takie drobiazgi.

Czy to rozpoczęło normalność?

Pokazałam, że mnie to nie przejęło, że tak na mnie nie wpłynie. I co z tego że mnie uderzył? – zrobi to znów – policja, koniec, nie mamy o czym rozmawiać. Nie będę tolerować bicia, ale chcę rozmawiać, zależy mi na nim. Czy on widzi, co się stało? Absurd – kocha, a z drugiej strony wpycha nas w niefajne sytuacje, podnosi na mnie rękę, zachowuje się jak głupi. On to zobaczył. Zaczął mocno nad sobą pracować. Zmienił się wewnętrznie. Zaczął się interesować tym, jak się zmienić, czytał książki i potrafił wyciągnąć dla siebie odpowiednie rzeczy. Setki godzin żeśmy przedyskutowali. Jesteśmy takim małżeństwem, które wciąż gada ze sobą na każdy temat.

Czy o tym, co było, potrafi mówić?

Nie, o tym nie rozmawiamy. Ja nie potrafię, nie lubię.

Czy przeprosił?

Tak.

Czy sądzisz, że byłby w stanie o tym rozmawiać?

Prawdopodobnie tak. O wszystkim można z nim porozmawiać, ale zachęcić trzeba. On raczej nie mówi o uczuciach sam z siebie. Daje się wciągnąć dziewczynom w uzewnętrznianie się w sieci. Łapie szybki kontakt z dziewczynami, czasem się to dziwnie kończy. Zaczyna się angażować emocjonalnie.

Zakochuje się?

W jakimś stopniu tak. Nigdy się nie obawiałam, że do kogoś odejdzie. Nie przeszkadza mi, że czasem się z kimś prześpi. Tyko czasem te dziewczyny potem dzwonią. Wiesz, chcę wyjść na spacer, a tu jakaś płacze do słuchawki…

Ola jest zniesmaczona. Łagodnie tłumaczę:

Ola, ludzie mają uczucia…

No, wiem… Ale on mnie nie zostawi. To już prędzej ja mu dawałam powody, żeby to podejrzewać, gdy poznawałam kogoś nowego. On od razu wiedział, że coś ze mną jest nie tak. Nie mogę nic ukryć. I wcale nie chcę.

Teraz jest wam dobrze?

Dość dobrze.

Dość?

Zastanawiam się nad znaczeniem słów „dość dobrze”. Zastanawiam się, gdzie jest granica, poza którą nie warto już próbować rozmawiać.

Postscriptum

Ten wywiad powstał 10 lat temu. Ola w dalszym ciągu trwa w małżeństwie z tym samym człowiekiem. Przeprowadzili się ze sporego miasta na wieś. Ola kilkakrotnie uciekała przed przemocą, odsyłała też – dziś dorosłych – synów do rodziny. Leczyła się psychiatrycznie, m.in. dlatego że była mobbowana w pracy. Z reguły leczenie porzucała, przynajmniej raz od lekarzy odbierał ją mąż, tłumacząc wszystkim, że żona nie potrzebuje pomocy.

Mąż zawsze pracował w przedsięwzięciach rodzinnych, u matki oraz u żony. Oboje się wielokrotnie zdradzali. Kochanki męża zwierzały się żonie z tego, że jej mąż bywa impotentem.

Do tej pory najważniejsze dla nich obojga są książki, zainteresowania i rozwój intelektualny.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

← Powrót do bloga
Pomoc w czasie pandemii Pomoc w czasie pandemii